Marsjanin

Dzień dobry, a może dobry wieczór… bodajże tymi słowami witam się z widzami mojego powoli uruchamianego kanału na YouTubie. Recenzja Marsjanina bez spojlerów – taki cel sobie postawiłem, a czy go spełniłem, no nie wiem, chyba w zasadzie tak. Niestety zmagam się z problemami przy montażu filmów (trzaski w dźwięku, choć teoretycznie nie powinno tak być), ale mniejsza z tym.

Zainteresowałem się „Marsjaninem” po obejrzeniu zwiastunu, lecz nie pamiętam, czy to w kinie, czy na YouTube. Film jak film, kolejny o Marsie, a kilka już ich było i to nie najgorszych. Potem dotarło do mnie, że to na podstawie książki, której autorem jest Andy Weir i którą oczywiście zakupiłem. Przeczytałem ją przed obejrzeniem filmu, a po obejrzeniu doszedłem do wniosku, że w zasadzie, dla mnie, nie ma znaczenia, czy przeczytałbym ją przed czy po obejrzeniu filmu.

Lata temu przeczytałem książkę „Forest Gump”, długo po filmie i uznałem wówczas, że film z udziałem Toma Hanks’a jest o wiele lepszy od samej książki. W przypadku „Jak rozpętałem II WŚ” podobno książka „Przygody kanoniera Dolasa” jest z kolei lepsza od filmu, który dla wielu, w tym dla mnie, jest wspaniały. W przypadku „Marsjanina” trudno by mi było orzec na rzecz książki czy filmu. Ekranizacja rządzi się swoimi prawami i oczywiście, a więc zamiany w fabule są naturalne. Film „Marsjanin” ma też swoje różnice fabularne względem pierwowzoru literackiego, lecz nie są one kluczowo różnicujące oba utwory. Nie ma takich odmienności jak w przypadku „Łowcy androidów”.

Co mnie na swój sposób urzekło? Dwie kwestie, po pierwsze samotność, po drugie…

Po drugie – mega pozytywny przekaz i filmu i książki, taki jakiego trudno w obecnych czasach o wystarczającą dawkę. Można by zaryzykować tezę, iż postępowanie głównego bohatera stanowi rewelacyjny przykład na mechanizm w jaki sposób nastawienie i własne nasze myśli wpływają na nasze działanie.

Wrócę do tej pierwszego powodu, a mianowicie samotności. Dlaczego? Bo lubię samotność, a po części sam jestem samotnikiem. Samotność jako taka jest tematem mniej lub bardziej przewodnim wielu powieści, opowiadań, czy filmów. Każdy na swój sposób przeżywa samotność. Jedni ją lubią, inni są na nią skazani. Chyba najbardziej zbliżonym filmem jest „Grawitacja”, która również kończy się pozytywnie dla głównej bohaterki.  W obu tych filmach pomimo kryzysów główni bohaterowie wychodzą całą z tego co im się przytrafiło.

Nie mogę książki nazwać arcydziełem, czy pozycją wybitną. Po prostu jest aż dobra. Dlaczego tak ją oceniam? Nie mogłem w pełni wczuć się w bohatera. Czułem się jak obserwator, a nie jak uczestnik. Zabrakło mi głębszego wniknięcia w uczucia. Oczywiście uczucia są, odczuwanie, rozterki, emocje – tego nie brakuje, ale jest dla mnie to powierzchowne. Wykreowany obraz świata również nie był bogaty. Z jednej strony to pozwala czytelnikowi na pełniejsze wykorzystywanie własnej wyobraźni, a z drugiej jeżeli ktoś oczekuje, iż pozna „inny”, „nowy” świat to może odczuć lekkie rozczarowanie. Mimo tego dobrze mnie się czytało i oglądało. Nie oczekiwałem „nowego” i „innego” świata. Ani z racji, że to SF, ani z racji tego, że akcja jest umiejscowiona w teraźniejszym dla nas świecie.

„Marsjanin” jest książką idealnie, według mnie, nadającą się do ekranizacji. Pozwala na ile się da scenarzystom i reżyserowi na zrealizowanie swoich wizji tej książki.

W filmie główną rolę kreuje aktor Matt Damon, jeden z moich ulubionych aktorów, który w przypadku bohatera „Marsjanina” stanowi dla mnie rewelacyjny wybór i film, znaczy scenariusz, został jakby pod niego skrojony.

Szczególnie do gustu przypadła mi jedna z ostatnich scen, która na tle wcześniejszych jakże jest wielce kontrastowa, podkreślając pozytywny przekaz.

Absolutnie polecam zarówno książkę jak i film, bez znaczenia co pierwsze. Polecam bo w sumie dobrze napisane, dobry film z dobrym aktorem.

Czas żniw

Autorka Samantha Shannon, jak dla mnie, wykreowała interesujący i wciągający mnie świat. Lekturę pochłonąłem już jakiś czas temu, lecz trudno mi było się zebrać do napisania recenzji. Może dlatego, że lektura mnie wciągnęła i naprawdę przypadła do gustu. Jako miłośnik fantastyki patrzę na ten gatunek czasem z poczuciem, że trudno jest coś jeszcze wymyślić. „Czas żniw” dał mi radość poznania czegoś nowego, w takim a nie innym zestawieniu, ujęciu, że w sumie z niecierpliwością czekam na kontynuację. Nie zdradzam wyjątkowo niczego z fabuły, żadnych szczegółów. Warto przeczytać i samemu wyrobić sobie własną opinię. Być może będzie jeszcze głośno o tym świecie, świecie pełnym duchowości w nieco innym ujęciu. Świecie ze strachem. Świecie oo wyjątkowych ludziach. Trudno nie doszukiwać się analogii do cyklu „Harry Potter”, lecz „Czas żniw” to inny poziom, nie jakościowy, lecz inny poziom opowieści o innym świecie.

Czekam na kolejne części…

Dziecko w każdym z nas

Kiedyś coś się stało, coś takiego, że pamięć nie pamięta, lecz w zakamarkach umysłu pozostały ślady, jakże znamienne dla kolejnych mych kroków w życiu. Kiedy zastanawiam się, czasem, nad samym sobą, najczęściej zasiadam w fotelu naprzeciw kominka. Nuty muzyki są dla mnie zawsze ważne, niemal w każdym aspekcie bycia sobą. Miękkie dźwięki fortepianu, wiolonczeli, czy fletu są czymś tak istotnym, iż umyka to słowom.  Filozoficzne pytanie kim jestem od początku pozostaje bez odpowiedzi.

Życie w wyobraźni to jedno, bycie samemu przez chwilę tym kim się chce być, a może jedynie wydaje się że chce się być nie jest jednak tym samym co życie w realności świata poza samotnią własnego domu. Usiadłem wygodnie w fotelu i nie czekałem długo kiedy kotka podbiegła i jednym pewnym skokiem znalazła się na kolanach. Spojrzała w moje oczy jakby pytając się, czy może się rozłożyć, czy za chwilę będę wstawał i nic z tego. Wiedziała i jej łapki udeptały mnie, a ona sama zwinęła się w mruczącą kulkę. Zamknąłem oczy i pozwoliłem by jej mruczenie, melodia muzyki wypełniły mnie.

Wyczerpanie – nie oddaje w pełni mojego wnętrza, a codzienne czynności stają się mechanicznymi programami zakodowanymi w umyśle, niż czymś co radością działania popycha mnie do przodu. Szereg wydarzeń, pozornie jakże nie istotnych skruszył rdzeń, który od kilku lat dostrzegałem kiedy zagłębiałem się w samego siebie. Przypominał ogromną betonową wieżę, tamę wstrzymującą, kiedyś nie wiedziałem co, a dziś choć wiem, że trzeba mi się z tym zmierzyć czasem nie chcę wiedzieć, ale wiem, a może to tylko wytwory mojej wyobraźni?!?. Ponoć jednak jestem zbyt realny, jak to powiedziała pewna osoba, której ufam, która wie, może wie więcej niż ja powinienem teraz wiedzieć. Czy jak już mnie pozna, to czy nie zgasi iskry?!?

Czy przeszłość jest aż tak istotna, przecież nie pamiętam dzieciństwa i nigdy jakoś mi to nie przeszkadzało, ani w szkole, na studiach, pracy, harcerstwie, słowem nigdzie to nie było problemem, a jednak ślady przeszłości tkwią w każdym z nas. Odbijają się echem w naszych postawach i zachowaniach, a my, ja na pewno nawet się nie zastanawiałem dlaczego robię to czy tamto, reprezentuję taką a nie inną postawę. We własnych poglądach, słowach i czynach odnajduję potwierdzenie tego, iż naszymi postawami rządzą zachowania, jednym słowem i uproszczeniem doświadczenie oraz to co to doświadczenie wzbudza… przeszłość, historia naszego życia.

Zamknąłem oczy i rdzenia, wieży już nie ma, są ruiny i wielka powódź mazi, czarnej, smolistej, matowej i nieprzeniknionej. To część mnie ta ciemna, ale także cierpienie, smutek, ból, samotność, odrzucenie, niezrozumienie, uczucia, empatia pełna ciemności. Wyglądam na starszego niż jestem, dłuższe, siwe włosy, broda, widać upływ czasu, wyczerpanie. Stoję w tej mazi, staram się kroczyć do siebie, do małego dziecka leżącego, wczepionego małymi dłońmi w piasek brzegu nad jeziorem mazi, nad jeziorem, które kiedyś było pięknym czystym jeziorem, lecz dziś jego podziemne źródła tryskają nie wodą, lecz cierpieniem, wzbudzają prądy chcące mnie wciągnąć w toń bym w niej utonął. Kiedyś miałem zbroję, dziś pozostał tylko szkaplerz dany mi od Niego, od mojego Boga i tylko on daje mi szansę na dotarcie do samego siebie, odkrycie siebie, odpowiedzenie na pytanie kim jestem. Są tacy, co twierdzą, że jestem dobrym człowiekiem, lecz ja tak nie sądzę, nie wierzę w siebie. Nie należna mi godność i szacunek, ani zainteresowanie, nie zasługuje na przyjaźń, ani miłość. Ja się nie liczę i zawsze dla mnie liczą się inni, żona, syn, znajomo, lecz nie ja. Tym samym jednak odgradzam się od nich, od ich uczuć. Kim jestem?

Chcę dotrzeć do tego dziecka, które nagie i bezbronne leży, a jego stopy obmywają powolne fale mazi. Mam takie przekonanie, że jak do niego dotrę i go uratuję to odnajdę samego siebie, odkryję kim jestem. Jednak maź gęstnieje utrudniając mi stawianie kroków. To jak górska wędrówka przez zaspy i torowanie szlaku do schroniska. Tu jednak samo uratowanie małego dziecka, mnie samego, to dopiero początek kolejnej wędrówki. Zmęczenie nie daje się opisać i tylko ta siła ze szkaplerza daje mi energię bym kroczył ku iskrze przyjaźni. Iskrze, która w świecie pełnym mroku jawi się jednocześnie nadzieją. Mgła i mrok są wokół, czasem rozwiewane wiatrem. Strach otacza mnie z każdej strony i wydaje się szeptać bym zawrócił, bym poddał się tej mazi. Jedyne co dostrzegam w tej mazi, w tym jeziorze to swoje własne czyny, których się wstydzę, które mnie opanowały. Największe zmagania toczę z samym sobą. Wybaczenie samemu sobie wydaje się niewyobrażalne, a bez tego nie mogę uratować małego dziecka. Boję się, że maź stężeje, zamieni się w skorupę, a ja zostanę uwięziony i nigdy nie dotrę by uratować sam siebie. Świat wewnątrz mnie zostanie taką pustynią bez promyka radości i nawet iskra przyjaźni zgaśnie, zgaśnie wraz ze mną.

Otwieram oczy, kotka mruczy dalej, lecz jej oczy wydają się martwić o mnie, tak jak oczy Tych, dla których ponoć coś znaczę. Delikatnie ją głaszczę, wzbudzając głośniejsze mruczenie, jakby chciała by mnie nim uleczyć. Płomień nadal się jeszcze pali, muzyka delikatnie wypełnia przestrzeń. Czarne futerko już wie, że trzeba wstać, choć stara się przeciągnąć tę chwilę. W końcu zeskakuje, filuternie kręcąc łebkiem, łypiąc na mnie wesoło oczkami, tylko, że ja już nie mogę wstać, jakbym czuł, że przegrywam, że nawet najprostsze działania tracą swoje znaczenie codziennej radości. Jest taka myśl by dać się wciągnąć wirom jeziora mazi…

Głębia samotności

Krople deszczu intensywnie bębniły o parapet okna, każdego okna w mym domu. Szum uderzeń o dach zawsze był tym czymś co lubiłem. Ciepły wiosenny deszcz niemal mnie zaskoczył, lecz tym razem niemal to jak prawie co jak wiadomo czyni niemałą różnicę. Zgasiłem światła, za wyjątkiem lampy solnej dającej delikatne pomarańczowe światło, w zasadzie poświatę. Nie mogłem sobie pozwolić na zmarnowanie takiego wieczoru. Padać miało całą noc, a przy najmniej tak wynikało z prognoz pogody. W kuchni naprędce choć zgodnie z zasadami zrobiłem sobie gorącą herbatę. Gdy zlewałem moją mieszankę zielonej herbaty i ziół woda miała niemal dokładnie 98 ºC. Z uchodzącą nad kubkiem parą wędrowałem po pustym domu w kierunku zimowego ogrodu. Wygodnie rozsiadłem się na kanapie, a herbatę delikatnie postawiłem na stoliczku. Niech naciągnie, niech zaparzy się jak należy. Lubię delektować się smakiem dobrej herbaty. Szum deszczu o dach, ciemne wieczorne niebo oraz pierwsze błyskawice tej wiosny, jeszcze odległe kreowały dla mnie ten ceniony przeze mnie nastrój. Siedziałem w ciszy burzy we własnym domu delektując się odgłosami i widokami. Po pierwszych łykach zamknąłem oczy i powoli pozwalałem się zaprowadzić w krainę wspomnień. Pojawiła się moja kotka Julka, miaucząc sobie pod swoim noskiem. Pewnie była niezadowolona. Została mi już tylko ona.

Pierwsze łzy pociekły mi po policzkach. Coraz bardziej tonąłem we wspomnieniach, jakże pięknych, jak mi bliskich, ze świata, za którym mogłem tylko tęsknić. Wypadku nie pamiętałem, ani nawet dlaczego jechałem tamtędy, a nie inną drogą. Po moim przebudzeniu szwagier żony mówił, że to nie moja wina, że nie mieliśmy szans. Żona i syn zginęli na miejscu, a mnie nawet nie drasnęło. Owszem obolały byłem. W końcu poduszka powietrzna, pasy zrobiły swoje. Nadal kocham, nadal tulę syna, muskam i przytulam żonę. Wiele dni po pogrzebie pewnego dnia wyskoczyłem z łóżka z przekonaniem, że zaspaliśmy i pobiegłem do pokoju syna by go obudzić. Dopiero tam wszystko wróciła razem z łzami, krzykiem i odczuciem silne potrzeby dołączenia do nich. Pogrzeb był pożegnaniem żony, syna, teściowej i mojej mamy. Teściową i matkę zabiła wiadomość o śmierci wnuka, córki i synowej. Kiedyś, również pewnego dnia, zrobiłem im śniadanie. Kiedy znów pojąłem, że ich nie ma i nie będzie zdemolowałem kuchnię. Dziś już tak nie reaguję, lecz me serce krwawi z tęsknoty każdego poranka, każdego południa, każdego wieczoru. Nierzadko budzę się w nocy z poczuciem, że nie jestem sam w sypialni. Mimowolnie odwracam się w kierunku gdzie spała moja żona. Zawsze płaczę, tak mi ich brak. Jedynie kotka Julka dotrzymuje mi towarzystwa. Z całej trójki naszych kotów tylko ona przeżyła naszą tragedię. Kotka Szarotka, która można powiedzieć, że była z nami od ślubu doczekała dnia mojego powrotu ze szpitala i kolejnej nocy położyła się przy naszym łóżku i zasnęła. Nie obudziła się już. Jej także mi brakuje. Potem był poczwórny pogrzeb, na którym nie mogłem tłamsić uczuć. Niewiele pamiętam z tamtego dnia. Powiedziano mi, że przyjaciele ostatecznie zgarnęli mnie sprzed kwatery mojej żony i syna niemalże siłą. Stałem ponoć sam w strugach ulewy i prosiłem Boga by mi ich oddał. Kilka dni później nasz kocurek po prostu odszedł i nigdy już nie powrócił. Ponoć koty odchodzą kiedy czują, że umierają. Zostałem w domu tylko ja i Julka, ale ona zawsze była bardziej moja.

Pracuję, ale nie umiem się odnaleźć bez moich najbliższych. Świat, ten ziemski świat, w którym żyję zatracił swój sens. Żyłem dla swojej Rodziny. Ona tworzyła mój świat, była moim skarbem, moją miłością. Nie jeden raz kłóciliśmy się, ale moja żona była moim światłem i żyłem by móc być z nią na dobre i na złe. Żyłem by wskazywać drogę synowi, być z nim w jego radościach i smutkach, wspierać w podejmowaniu decyzji, nawet gdy nie do końca mogłem je zaakceptować. Żyłem i czas przeszły jest tu jak najbardziej właściwy, bo dziś tylko trwam i czekam kiedy zostanę powołany by móc do nich dołączyć. Pamiętam jak przyjaciele pomogli mi spakować i uporządkować rzeczy po żonie i synu. Sam nie mogłem tego absolutnie zrobić, a każda podjęta próba kończyła się płaczem i histerią. Jak silnie kochający człowiek jest związany z najbliższymi tu w ziemskiej rzeczywistości.

Julka usadowiła się na mych kolanach i mruczy poddając się mojemu głaskaniu. Mamy już tylko siebie, ale szykuję się, że i ona odejdzie i choć to tylko zwierzę to jednak i członek mej rodziny. Przygotowuję się, że dom w końcu opustoszeje, że przestanie być mój. Trudno nie odczuć w nim pustki, pustki bez radości, bez śmiechu syna, wspólnych zabaw, wspólnych gier. Ta cisza kiedy wracam jak znak, że nikogo nie ma, że syn ani ogląda, ani gra. Kiedy zabraknie Julki ta cisza będzie oznaczać także moją samotność. Zawsze byłem samotnikiem i lubiłem samotność, ale wiedziałem, że mam Rodzinę. Jednocześnie tak jak samotności pragnąłem być z Rodziną, czy przyjaciółmi. Choć dbam o siebie nie tylko fizycznie ale jak wcześniej dzięki żonie moja wiara się pogłębiła, tak dzisiaj nadal jestem wierzący. Ostatnio powiedzieli mi, że moja obecna gra na flecie jest głębsza, pełniejsza odczuwania niż wcześniej. Nie dziwię się. W końcu kiedy gram to gram razem z moją żoną. Jej dłonie tańczą na gitarze i razem się uzupełniamy. Każdego dnia się modlę, a modlitwa za zmarłych jest coraz dłuższa. Mam kartkę, a na niej imiona, czasem nazwiska, tu i ówdzie data śmierci. Dopisani są moi najbliżsi. Właśnie to oddanie siebie Chrystusowi pozwoliło mi przetrwać pierwsze miesiące i właśnie we wspólnocie czuję wsparcie, lecz cały czas jestem samotny. Jednak kiedy otwieram drzwi, Julki nie ma bo bryka gdzieś na podwórzu z ciężkim smutkiem stawiam kolejne kroki. Jakby dom stracił swojego ducha, a może jest on po prostu tak słaby. Ile razy wydawało mnie się, że syn właśnie zbiega ze schodów, a żona zaraz, za chwileczkę przekroczy próg naszego domu. Siedziałem i czekałem, aż w końcu z mej pamięci zaczęły uciekać te odgłosy ich kroków, głosów, skrzypnięć drzwi.

Nie ma tych rozmów, tych wspólnych radości i smutków. Nikt mnie tak nie przytula, ani nikt tak nie przytula się do mnie i tego kontaktu fizycznego mi bardzo brakuje. Związek to komplementarne istnienie w byciu razem, w rozmowach, wspólnym posiłku, dotknięciach, pocałunkach, wyznaniach uczuć, wędrówkach po górach, wspólnym oglądaniu filmu, czy graniu w gry planszowe, także wspólnej modlitwie. Nie sposób wymienić tego wszystkiego. Samotny człowiek jest silnie dotknięty tajemniczością samotności. W końcu nadejdzie taki czas, że będę głównie siedział sam w domu pośród albumów z przeszłości, ulotnych wspomnień. Z kim przyjdzie mi rozmawiać?!? Samotność starości bez rodziny jest czymś przerażającym lecz choć to pojąłem lata temu i tak ukochałem żonę, syna, Rodzinę to dziś jestem sam. Nie te lata by wiązać się z kimś, a także dlatego, że ja cały czas kocham mą żonę. Przed snem mówię do niej, opowiadam swój dzień, przemyślenia i jakże często płaczę. Julka wówczas powoli do mnie podchodzi i przytula się do mojej twarzy mrucząc delikatnie. Jakby wiedziała, jakby czuła, jakby rozumiała.

Piorun, jego blask i natychmiastowy silny grzmot wyrwały mnie z melancholijnego zamroczenia. Julka przywarła do mnie mocniej, tuląc się jeszcze bardziej. Otuliłem ją ramionami i szeptałem uspokajające słowa. Siedzieliśmy tak razem do rana, do ostatniej kropli deszczu. Jej łepek wyjrzał znad moich dłoni. Gdy spojrzała na mnie dostrzegłem w jej oczach te dawne figlarne spojrzenie, zachętę do dalszego życia. Wyskoczyła i szybko, miaucząc pod nosem, podreptała głodna do kuchni. Wstałem powoli dając możliwość pojęczenia moim stawom i ścięgnom. Zimna herbata zadowoliła moje podniebienie. Zawsze lubiłem zimną herbatę. Dziś sobota i kolejny weekend w samotności, lecz dziś to też specjalny dzień, rocznica wypadku, rocznica ich śmierci. Wizyta na grobach, msza w ich intencji, a potem kolejny samotny wieczór. Tak wiem, jestem egoistą bo cierpię, bo moje własne cierpienie mnie opanowuje. Przecież Oni już to wszystko mają za sobą i czekają na mnie. Jestem niewolnikiem tejże ziemskiej rzeczywistości. Ograniczam sam siebie. Może jednak temu co się stało nie boję się już śmierci, a więc i wierzę głębiej. Wierzę, że śmierć to tylko stan przejściowy między stanami ustalonymi. Nie sądziłem, że z radością czekam na swoją śmierć. Kiedy nadejdzie nie wiem…

22. Życzenia

Kiedy odwrócisz głowę i spojrzysz za okno,
Gdy krople deszczu będą zraszać szybę,
To wyobraź sobie, że każda z nich to morze życia.
Gdy błyskawica przetnie grzmot nieba,
To wyobraź sobie, że to energia naszych sił życia.
Gdy Słońce kroplami światła opadnie na oczy,
To wyobraź sobie, że to uśmiech świata wokół nas.
Gdy okręty chmur dostojnie płyną po nieboskłonie,
To wyobraź sobie, że to żaglowce bezpiecznie witane w porcie.
Gdy pierwsze opadające liście musną powietrze,
To wyobraź sobie, że to smutki i troski właśnie odchodzące.
A wówczas Twój spokój upragniony za Tobą stanie
I ukojenie nerwów w godzinie potrzeby łagodnie przyniesie.

Inny świat

Stanąłem krzycząc stop do mych stóp.
Ze zdziwieniem patrzyliśmy na siebie.
One zdziwione słowami po środku ulicy,
A ja przerażony, że je wykrzyczałem do nich.
Stoję, one też, nadal zdziwieni po środku świata.
Powolnie obróciłem wzrok  postrzegając ciszę gestów.
Krople deszczu smagają mnie orzeźwieniem zmysłów.
Stoimy w miejscu, odrywając się od zgiełku chwili.
Czyjeś ręce ciągną mnie ku krawędzi świata.
Widzę gesty i niemy ruch warg pełnych jadu.
Czemu krzyczę niemal, nie oczekując odpowiedzi.
Szarpnięcia wciągają mnie na powrót do ich świata.
Przez mgnienie chwili poczułem, zewnętrzny świat.
Musnął mnie powiewem głębi swego piękna…

27

Czerwone Słońce w zachodzie podświetla chmury przy widnokręgu.
Cisza koron drzew przy wietrze, który stanął zamyślony.
Górskie potoki w chwili tej swój bieg zwolniły.
Ich strumienie połączone z Wędrowcem tego Świata,
Przemijają w morzu dusz pod opieką Słowa Pana.
Póki źródło pośród gór skalistych jak serce bije wodą,
Póty każdy strumień przy każdym kolejnym biciu zmartwychwstaje.
On, Wędrowiec tego Świata, który Przedwieczne Słowo przekazywał innym,
Już nie wsłucha się w opowieści tych strumieni co w życiu mijał.
Przeminął podobnie jako i one przemijają co chwilę,
Lecz w sercu mym, każdy strumień tego świata
Świadectwem będzie Przedwiecznego Słowa,
Niesionego przez Wędrowca tego świata, Pielgrzyma,
Co już nie zazna ożywczej świeżości źródlanej wody.
Gdy my ludzie przemijający na fali zdumień,
Podążamy w tych chwilach na sąd Pielgrzyma,
On w ciszy spokoju pełni wiary, przekroczył wrota otwarte przez Chrystusa.
Kiedyś i my podążymy do źródeł strumienia,
Oby w ciszy spokoju pełni wiary, jak Pielgrzym,
Słowa którego winny nam przewodzić w doczesnym życiu.
Zaklęta w słowach Ojca Świętego mądrość i wiedza Słów Boga
Winna nas nie zdumiewać, lecz wypełniać i prowadzić…

03 kwietnia 2005 r.
napisane w cieniu wiersza „Strumień” w „Tryptyku Rzymskim” Jana Pawła II
papieża Polaka, który tego dnia odszedł na spotkanie z Bogiem

28

Subtelność naszych zmysłów jest delikatna,
Tak bardzo, że widzący są ślepymi,
A słyszący głuchymi na świst nieuchronnego.
Osiągnięcie doskonałości zmysłów
Szelestu kroków na słowiczej podłodze,
Odległego ziarenka uderzającego w pień drzewa,
Widzenia błysku nienaturalnego w naturalnym,
Jest ostatnim miejscem spoczynku
Na szlaku wędrówki naszych uczuć
Miłości, smutku, radości, bólu, strachu, pewności, odwagi,
Ale przede wszystkim to siła naszego umysłu i serca.
Bez pewności, zaufania i miłości w wierze naszego serca,
Żaden Bóg, czy Duch Święty nie przygasi zwątpień umysłu,
A bez tego umysł nie zaspokoi potrzeb ciszy naszych uczuć.
Wszystko jest okręgiem i kulą zarazem, drogą bez końca,
Gdzie każda odnoga powraca do początku.
Wszystko wiąże się ze wszystkim,
Błysk gromu tu, opóźnia grom tam.
Fala wywołana tam dopływa dnie później tu,
Nasze życie to subtelne wiązania jedwabnych nici,
A nasze słowa wpływają na słowa i czyny innych.
Centrum cyklu życia naszych ciał i dusz jest wiara,
Której zrozumienie i poczucie ogromem serca
Wyzwala nasze umysły od wątpliwości naszych kroków,
Pozwalając uczuciami objąć zmysły,
Poprzez umysł ogarniający potrzebujących…

Napisane 09 maja 2005 r.
przy fragmentach muzyki z filmu “Dom Latających Sztyletów”

26

W świecie pochmurnego nieba dusz,
Z przepastną tęsknotą spoglądamy,
Za bezkresem czystości błękitnego nieba,
Za ożywioną paletą kolorów życia,
Skąpanych w ożywczych promieniach
Słonecznej poświaty w południowym apogeum,
Uwolnionej przez opadającą kotarę szarości,
Skrytych mroków naszych lęków i koszmarów.
Ze zbawiennym spokojem myśli i ciała
Dajemy się pokusie kąpieli w promiennych cząstkach słonecznego Wiatru
Zakłócanego przymilnym cieniem białych okrętów,
Powolnie sunących po nieboskłonie,
Pośród szumu wiatru od morza w koronach drzew.
Uchwycić Słońca nam się nie uda,
Lecz to ono właśnie nas otula w ramionach swych
I wraz z ożywczym wiatrem ukojenie nam przynosi

Napisane 12 marca 2005 r.
przy muzyce z filmu „Wonderfull Days”

Czas zacząć

Pisanie zawsze lubiłem od kiedy pamiętam. Czy jestem zaś pisarzem godnym uwagi, a tym bardziej czy to co wyjdzie spod mojego pióra, czy klawiszy komputerowej klawiatury nadaje się do czytania to już sami czytelnicy ocenicie.

Mam nadzieję, że nie będę sam w budowaniu tego swoistego bloga. Nie tylko samo pisanie jest dla mnie istotne. Jednak tu nie znajdziecie czegoś więcej niż trzeba o słowie pisanym. Internetowe medium jest dobre dla pisania właśnie, dla doskonalenie wyrażania uczuć w pisanym słowie. Postaram się także zamieszczać recenzję książek, które przeczytałem. Kiedyś, jeszcze w podstawówce, kiedy o internecie czytałem co najwyżej w książkach SF, bo o tym realnym nie było mowy, ba nie było mowy o komputerze w domu. No pod koniec podstawówki miałem ATARI 800XL. Co to były za czasy… i właśnie wątek odleciał…  a mianowicie prowadziłem zeszyt, w którym spisywałem autorów i tytuły przeczytanych książek. Oceniałem je w skali od 1 do 5. Dziś zeszytu już dawno nie ma, a szkoda, a może właśnie i dobrze bo dlatego, że mi szkoda postanowiłem założyć ten blog by choć teraz nie znikło tak szybko to co przeczytam i to co o lekturze przemyślę…

Miłej lektury.